Życiorys Toma Podla

Tom Podl jest kolekcjonerem sztuki polskiej, przede wszystkim malarstwa i grafiki.Tom jest Amerykaninem polskiego pochodzenia, a kolekcja pozwala mu na bliskie obcowanie ze sztuka przodków. Kolekcjonowanie, rozpoczete przed 20 laty, stalo sie wielka pasja Toma. Obecnie jego kolekcja jest najwiekszym zbiorem malarstwa polskiego w rekach amerykanskich. Nic dziwnego, ze zainteresowaly sie nia muzea polskie. Przy wspólpracy Muzeum Narodowego w Krakowie zorganizowano wystawe obrazów z kolekcji w Polsce. Wystawa odbyla sie w 2001 roku w Muzeum Narodowym w Krakowie i Muzeum Narodowym we Wroclawiu, a nastepnie w roku 2002 i 2003 pokazywana byla w innych polskich miastach m.in w Sopocie, Legnicy, Poznaniu, Szczecinie i Lodzi.

Biografia toma podla

W maju 1974, wraz z moja ówczesna zona Audrey i dziecmi, zamieszkalem w Seattle w stanie Waszyngton. Powodem byla przede wszystkim kolejna otwierajaca sie przede mna szansa zawodowego awansu. Jakkolwiek juz wczesniej zajmowalem sie kolekcjonerstwem, dopiero tutaj zainteresowalem sie swiadomym tworzeniem kolekcji obrazów polskich artystów. Dowiedzialem sie tez, ze swoim przyjazdem tutaj zamknalem rodzinna wedrówke dookola globu.

Znajomosc losów mojej rodziny zawdzieczam, w duzym stopniu, relacji spisanej przez mojego wuja, Stanislawa Podlasinskiego (Stana Podlina). Odnotowal on, ze nasz przodek, Ignacy Podlasinski, mieszkal okolo 1780 roku w miejscowosci Sompolno w Wielkopolsce, okolo 180 kilometrów na pólnocny zachód od Warszawy. Byl wlascicielem dobrze prosperujacego mlyna i gruntów uprawnych. Jednak dorobek jego zycia stopniowo popadal w ruine w wyniku polityki prowadzonej przez zaborce. Gdy wiec w 1876 we wsi Lipiny na swiat przyszedl mój dziadek Franciszek (Frank) Podlasinski, rodzina zyla juz w ubóstwie. Póltora akra ziemi i jedna izba w rodzinnej chacie, które dziadek otrzymal od rodziców poslubiajac w 1903 Stanislawe (Stelle) Sniegowska, nie wystarczaly do godnej egzystencji. Dziadkowie wyjezdzali wiec do Niemiec, by najmowac sie do pracy na roli u tamtejszych gospodarzy.

Zasadniczy zwrot w rodzinnej historii nastapil wraz z wybuchem wojny rosyjsko-japonskiej. Powolany do carskiej armii Franciszek trafil do Wladywostoku, gdzie zastal go koniec zbrojnego konfliktu. Dziadek postanowil zostac w Mandzurii, gdy okazalo sie, ze z zarobionych tam pieniedzy jest w stanie utrzymac rodzine. Niebawem dolaczyla do niego babcia. W 1909 roku urodzil sie we Wladywostoku mój ojciec Mieczyslaw (Matt) Podlasinski. Juz rok pózniej, dowiedziawszy sie o szansach awansu zyciowego, jakie czekaja na przyjezdnych w Stanach Zjednoczonych, dziadek Franciszek wyruszyl statkiem przez Morze Japonskie i Ocean Spokojny do Seattle. Babcia zas, z dwójka malych dzieci i spodziewajac sie trzeciego, koleja transsyberyjska wyruszyla w ponadmiesieczna droge powrotna do Polski.

Podobna trase przebyl pózniej dziadek, gdy po dwóch latach pracy przy wyrebie lasu pod Seattle podjal decyzje o sprowadzeniu do Ameryki calej rodziny. Sprzedawszy w Polsce wszystko, co posiadali, w 1913 Podlasinscy dotarli z dziecmi do Hamburga, gdzie weszli na poklad parowca "Pretoria". Po 18 dniach transatlantyckiego rejsu przybyli na Ellis Island w Nowym Jorku, gdzie przeszli upokarzajaca procedure imigracyjna, omal nie zakonczona odeslaniem do Europy. Z Nowego Jorku pojechali do Chicago, gdzie zyla, ciezko pracujac, duza polska spolecznosc. Niech za komentarz wyjasniajacy sens tej wedrówki za chlebem wystarcza ostatnie slowa z relacji wuja Stanislawa: "Potrzebowalismy 25 dni, by trafic z Polski do Chicago, dzieki Bogu, ze sie tu znalezlismy!"

Tak wiec nowym domem stalo sie dla mojej rodziny poludniowe Chicago. Tutaj mój ojciec Mieczyslaw poslubil w 1936 moja mame Janine Papierska. Tu przyszedlem na swiat 6 maja 1938. Tu chodzilem do szkoly podstawowej, prowadzonej przez polskie siostry felicjanki i tu z wyróznieniem - ku wlasnemu zdziwieniu - ukonczylem prywatne katolickie liceum. Tu bylem ministrantem i tu przechodzilem mlodziencza inicjacje.

Tu przezywalem wzloty i upadki mojej sportowej kariery softballowej. Tu uczylem sie grac na akordeonie i tanczyc polke, choc zywsze emocje wzbudzal wówczas we mnie oczywiscie rock and roll. W domu mojego irlandzkiego przyjaciela, Billa Concannona, poznawalem hity Billa Haleya i Elvisa Presleya, stajac sie dosc szybko tanecznym adeptem nowej muzycznej mody, w czym pomogly mi lata cwiczen polki i ... moje pierwsze blekitne zamszaki. Równiez w Chicago znalazlem swa pierwsza pelnoetatowa prace, równoczesnie przygotowujac sie do podjecia studiów inzynierskich. Tu sie ozenilem i tu - w Illinois Institute of Technology przy University of Illinois - ukonczylem studia, w czym bardzo pomógl mi jeden z najinteligentniejszych ludzi, jakich poznalem, Leonard Weiner.

W mojej rodzinie kultywowano przywiezione z Polski tradycje, pielegnowane i przekazywane mlodszemu pokoleniu przez dziadków. Sluzyly temu rozmaite rodzinne spotkania z okazji swiat Bozego Narodzenia i Wielkanocy, chrzcin, pierwszych komunii, bierzmowan, urodzin i róznych innych rocznic. Odbywaly sie one w domach dziadków Podlasinskich w Chicago i dziadków Papierskich (Romana i Wiktorii) w niedalekim Evanston. To podczas tych spotkan, m.in. uczylem sie tanczyc polke.

Postawe zyciowa zarówno moich dziadków jak i rodziców ksztaltowala ciezka, sumienna praca i gleboka wiara katolicka. Wraz ze zmiana pokolenia zmienial sie natomiast stosunek do nowej ojczyzny. O ile jeszcze dziadek Franciszek tesknil za "starym krajem", myslac nawet o powrocie, to juz mój ojciec zarazal nas - dzieci - pasja poznawania Stanów Zjednoczonych, np. zabierajac rodzine (mialem wtedy 10 lat) w dziesieciodniowa samochodowa podróz do Kalifornii slynnym pózniej highway'em nr 66. Notabene zamilowanie do podrózy, jak i poczucie humoru, wydaja mi sie naszymi rodzinnymi cechami. Ojciec mój wrastal w amerykanskie spoleczenstwo czesciowo z wyboru, czesciowo z koniecznosci. Z determinacja dazyl do zrobienia lepszej kariery niz wielu wspólrodaków ciezko pracujacych w stalowniach Chicago, uzupelnial edukacje w domu i w szkole wieczorowej. Nieustannie tez cwiczyl swój angielski (nie zaniedbujac przy tym polskiego i rosyjskiego), tak ze po pewnym czasie mówil juz bez cudzoziemskiego akcentu i znalazl zatrudnienie w duzym przedsiebiorstwie energetycznym (Commonwealth Edison Co.). Poczatkowo byl kreslarzem, a przed emerytura zostal szefem oddzialu. Ale z rozwojem jego zawodowej kariery laczyla sie potrzeba asymilacji. Gdy jeszcze przed Wielkim Kryzysem szukal pracy, okazalo sie, ze nie znajdzie jej, noszac polskie nazwisko. Skrócil je wiec oficjalnie niedlugo po moich narodzinach, i tak nowe pokolenia Podlasinskich odtad mialy stac sie Podlami.

Gdy w 1963 roku trafilem z zona Audrey, córka Carrie i synem Todem na przedmiescia Minneapolis, skierowany do pracy w blyskawicznie rozwijajacej sie dziedzinie technologii cyfrowej, stracilem kontakt z moimi chicagowskimi korzeniami. Znalazlem sie w srodowisku, w którym bardziej niz pielegnowanie kulturowego dziedzictwa liczyl sie rozwój indywidualnych potrzeb w zgodzie ze wspólczesnymi standardami. Jedna z takich moich potrzeb okazalo sie kolekcjonowanie, które wynikalo z moich ogólnohumanistycznych zainteresowan, a podbudowane zostalo poczuciem etnicznej i kulturowej przynaleznosci do polskosci, w czym spory udzial mieli, i maja do dzis, tacy przedstawiciele spolecznosci polskiej w Seattle, jak Marta i Roman Golubcowie. Rozwijanie tej pasji okazalo sie mozliwe w duzym stopniu dzieki wzrostowi moich zarobków - pracowalem dla firm produkujacych i sprzedajacych technologie elektroniczne i medyczne, az zostalem wspólwlascicielem nowej kompanii, zwanej Intralife, zajmujacej sie handlem implantami. Moje awanse zawodowe laczyly sie tez z kolejnymi przeprowadzkami, zakonczonymi, po zgodnej rodzinnej decyzji, "zapuszczeniem korzeni" w Seattle.

W mojej rodzinie nikt przede mna nie poswiecal sie kolekcjonerstwu. Tak wiec wraz z moja zona Audrey bylismy pionierami, gdy pod koniec lat 60. dokonywalismy pierwszych zakupów starych amerykanskich mebli, sprzetów kuchennych i narzedzi, zarazeni ta pasja przez naszych sasiadów w Bloomington pod Minneapolis. Uczestniczylismy odtad w targach kolekcjonerskich, odwiedzalismy aukcje, wyprzedaze i garage sales.

Zarejestrowalismy nawet dzialalnosc handlowa (handel antykami), planujac w przyszlosci profesjonalne prowadzenie takiego interesu.

Instynkt zbieracza obudzil sie we mnie juz w dziecinstwie, kiedy mój kolega, Jimmy Mikulski, zarazil mnie pasja filatelistyczna. Wspólnie rozbudowywalismy kolekcje znaczków o okazy z egzotycznych dla nas zakatków swiata. Po wielu latach, juz w Seattle, powrócilem do tego dzieciecego hobby, z tym ze skupilem sie na polskich znaczkach, z których dosc szybko "wyczyscilem" zasoby handlarzy z Seattle i okolic. Nie bez wplywu na to byla moda z konca lat 70. na etniczne dowcipy. Wiele z nich dotyczylo Polaków. Oparte na negatywnych stereotypach - ranily gleboko moje uczucia. W Chicago znalem bowiem wielu pracowitych i uczciwych Polaków.

Moje zainteresowanie sztuka ujawnilo sie, gdy mieszkalismy w Minneapolis. Odwiedzalismy wtedy z dziecmi tamtejsze muzea, a nawet zapisalismy sie na szesciotygodniowy kurs rzezby do Walker Art Institute. Inspirujaca role odegrala tez Mona Evans, siostra Audrey, która swoim na wpól abstrakcyjnym malarstwem zaczela zdobywac rozglos w Chicago. W licznych dyskusjach zachecala mnie do obcowania z dzielami sztuki i osobistego ich przezywania. Piekno polskich obrazów zwrócilo moja uwage poprzez ich reprodukcje na znaczkach pocztowych. Moja firma swietnie prosperowala, moglem wiec pozwolic sobie na kupowanie oryginalnych dziel polskich malarzy. Dodatkowym impulsem pobudzajacym moja nowa pasje stalo sie zwiedzanie muzeów Paryza, Londynu i miast amerykanskich. Wazna dla uswiadomienia sobie wartosci narodowego dziedzictwa byla tez moja pierwsza podróz do Polski w roku 1983, gdy wraz z rodzina mialem okazje zwiedzic muzea Warszawy i Krakowa.

Poprzez zwiazki z Fundacja Kosciuszkowska wszedlem w kontakt ze Zbigniewem M. Legutka i Andrzejem Ciechanowieckim. Obiekty nabywane od Legutki byly wycenione na przystepnym poziomie - niezaleznie od tego, czy do transakcji dochodzilo przez sprzedaz bezposrednia, czy tez aukcyjna. Wyzsze oczekiwania cenowe Ciechanowieckiego wynikaly w duzym stopniu z jego staran o lepsze docenienie polskiego malarstwa na miedzynarodowym rynku. Takie rarytasy mojej kolekcji, jak dziela Józefa Chelmonskiego, Olgi Boznanskiej, Józefa Pankiewicza czy Jana Stanislawskiego udalo mi sie jeszcze nabyc od niego za niewygórowane kwoty. Nie bylo mnie natomiast stac na zakup dwóch zaoferowanych mi przez Andrzeja Ciechanowieckiego pasteli Stanislawa Wyspianskiego z kopcem Kosciuszki. Doszedlem zreszta do wniosku, ze ich miejsce (takze ze wzgledu na technike) jest raczej w muzeum niz w prywatnej kolekcji.

Dzieki Legutce i jego aukcjom mialem moznosc spotkac Zofie i Stanislawa Jordanowskich, a takze Ewe i Wojciecha Fibaków, którzy w duzym stopniu pomogli mi zrozumiec znaczenie i przeslanie polskich obrazów. Kolekcja Jordanowskich budzila podziw, a spotkania z Fibakami w ich domu byly porównywalne z wizytami w muzeum i kojarzyly mi sie z naukowymi seminariami na temat polskiej sztuki. Od nich wlasnie dowiadywalem sie o wyjatkowych dokonaniach artystów Szkoly Paryskiej, co potwierdzaly dziela takich malarzy, jak Tadeusz Makowski, Zygmunt Menkes, Eugeniusz Eibisch czy Roman Kramsztyk znajdujace sie w ich kolekcji. Dwa z moich najwczesniejszych nabytków - "Lodzie" Eibischa i "Portret Leny" Gottlieba - pochodzily od Fibaków i staly sie zalazkiem mojego zbioru Szkoly Paryskiej.

Na poczatku lat 80-tych mialem wielkie szczescie poznac dwoje moich przyszlych najdrozszych przyjaciól - Wladyslawa (Wlada) i Yvonne Wantulów. Nabylem od nich kilka znaczacych obrazów, ale najcenniejsze dla mnie byly ich rady dotyczace niektórych dziel i ludzi; takze ich filozofia zyciowa okazala sie dla mnie bardzo inspirujaca. Poswiecili wiele czasu i energii mojej zyciowej pasji. Wlad dosc wczesnie zwrócil mi uwage na potrzebe gromadzenia odpowiedniej dokumentacji obrazów, które nabywalem. Ja jednak nie docenilem wówczas tej rady, a dzis potrzeba dokumentacyjnego banku danych okazuje sie naglaca i niezmiernie wazna. Nasze rozmowy pomogly mi odnalezc wlasciwa perspektywe dla mojej kolekcjonerskiej aktywnosci. Wantulowie sa po prostu rodzicami chrzestnymi mojej kolekcji.

Przyjezdzajac z rodzinnymi wizytami do Chicago na poczatku lat 80-tych mialem okazje odwiedzac tamtejsze Muzeum Polskie w Ameryce. Poznalem wówczas bardzo inteligentnego i oddanego swojej pracy kuratora, który wkrótce zostal dyrektorem tej placówki, Krzysztofa Kamyszewa. Jego zaangazowanie w promocje kultury polskiej zdopingowalo mnie do rozszerzenia zainteresowan poza malarstwo. Zostalem odtad - na zawsze - mecenasem jego poczynan. Okolo roku 1990 Krzysztof zasugerowal, ze moja kolekcja jest warta wystawienia w Muzeum Polskim. Jego pomyslowi, popartemu przez Wantulów i Jordanowskich, towarzyszyl entuzjazm ze strony przyjaciól w Seattle, którzy zaangazowali sie w znalezienie tam godnego dla mojej kolekcji miejsca. Wydarzenia zwiazane z wystawa daly mi wielkie poczucie dumy i spelnienia.

Okolo 25 eksponowanych wtedy w Chicago i w Seattle obrazów zostalo przeze mnie zakupionych u Marka Mielniczuka. Wkroczyl on w moje kolekcjonerskie zycie w dosc nieoczekiwany sposób, telefonujac któregos dnia w 1986 roku do mojego biura. Dzwonil niemal "z nieba", nigdy wczesniej bowiem o nim nie slyszalem. Zapewne dowiedzial sie o mnie od Legutki i Fibaków. Wraz z Cathy, moja obecna zona, odwiedzilismy Marka w nastepnym roku w jego paryskiej galerii, usytuowanej naprzeciw Luwru; tam zostalismy zauroczeni przede wszystkim dzielami Meli Muter. Pamietam, ze kupilismy wtedy jej obraz za tytulowany "Barka na Rodanie". Pózniej nabywalem u niego inne markowe dziela, choc prowadzone z nim negocjacje dotyczace cen oraz zródlowego i fotograficznego dokumentowania kupowanych u niego obrazów nigdy nie nalezaly do najlatwiejszych.

Na koniec chcialbym wspomniec o Arturze Tanikowskim i Annie Król, których zaliczam do grona wspierajacych mnie w kolekcjonerskiej pasji i sluzacych porada przyjaciól. Tak jak Wantulowie i Kamyszew - równiez oni wniesli swój wklad w "cudowne zycie Toma Podla".

Moja kolekcja zyskala miano jednego z najwazniejszych zbiorów polskich obrazów za granica. Wielki to zaszczyt dla mnie, a motywacja dla tych, których skrytym pragnieniem jest mnie przescignac. Zycze im sukcesów - niech ich wysilki przyniosa wieksza popularnosc i uznanie dla kultury polskiej w Ameryce.

Wystawy mojej kolekcji w Polsce sa jednoczesnie podsumowaniem i nowym poczatkiem, zamknieciem i otwarciem. Podsumowaniem - bo wydaja kolekcje pod osad muzealników i specjalistów; nowym poczatkiem - bo sukces wystawy w Polsce moze prowadzic do zainteresowania sie kolekcja, a co za tym idzie - polska sztuka podczas planowanych wystaw w Ameryce. Przyszle ekspozycje amerykanskie maja jeszcze jeden cel - pomóc Polakom i Zydom lepiej zrozumiec wielowiekowa historie wspólnego zycia na jednej ziemi, wiele obrazów z mojej kolekcji wyszlo bowiem spod pedzla polskich Zydów...

Niniejszy tekst zostal przetlumaczony, opracowany i opatrzony przypisami przez Artura Tanikowskiego, na podstawie maszynopisu Toma Podla za tytulowanego "The Wonderful Life of Tom Podl".